Szalom,
Zgodnie z naszą majową umową opiszę Wam zakończenie procesu konwersji drugiej grupy Rabina Harrego Levina z Polski.
Dokładnie 14 miesięcy temu opisałam Wam wrażenia wyniesione z własnego procesu konwersji. W dniu nadania imion Hebrajskich Rabin Harry Levin, który cały proces nadzorował, zlecił mi pracę z tymi, którzy podobnie jak ja wcześniej, poszukują własnych Żydowskich korzeni, pragnąc dołączyć do Narodu Izraela...
I oto 14 miesięcy pracy zakończyło się włączeniem do Żydowskiej wspólnoty nowych ośmiu istnień... Starających się było więcej, ale 7 z nich, z różnych powodów, okazało się być nie gotowymi jeszcze.
Właściwie mogłabym zacząć ten list podobnie: "Jeszcze słychać szelest liści rosnących nad rzeką Bug, w uszach brzmią głosy świerszczy i pluszcze woda...", ta woda, tej rzeki, ktora w tragicznych dniach panicznej ucieczki Żydów polskich przed hitlerowskimi hordami, 68 lat temu, nie dała przejść i schronić się, przyspieszyła śmierć usiłujących się ratować naszych Dziadków i Matek. Spłynęła wtedy zwłokami żydowskimi, pokryta jak dywanem ciałami... Ciągle jeszcze unosi się nad tą wodą krzyk porwanych rwącym nurtem, tonących, przerażonych ludzi... "Kto by pomyślał wtedy, że ta woda, ktora nie dała w potrzebie ukojenia żydowskim duszom, da nowe żydowskie życie ich wnukom i prawnukom, potomstwu ocalałych z Szoah...?" pisał w zeszłym roku do nas na Rosz Haszana nasz Rabbi. Teraz, nad wodami Bugu, powtórzył swoje pamiętne słowa.
Piątego sierpnia 2007 r., w niedzielne popołudnie, na płycie lotniska warszawskiego stanęli Rabini Harry Levin i Jego mistrz i nauczyciel, dostojny Rabbi David Sperling, nauczający Tory na Uniwersytetach Nowego Yorku. Obaj z USA. Rankiem 6 sierpnia przybył z Panamy Rabbi Gustavo Kraselnik i z jego przybyciem oficjalnie rozpoczęła się działalność Bet Din.
Na pierwszym spotkaniu omówiliśmy 14-to miesięczną pracę, a także, ku mojej radości, możliwości ceremonii Bat Micwa dla mnie i osób z grupy zeszłorocznej. Otrzymałam wskazówki i pomoce dydaktyczne do samodzielnej pracy, ustaliliśmy sposób kontaktowania się i konsultacji postępów. A potem już tylko sprawy bieżącej grupy (bo jest już i trzecia grupa, po dwóch spotkaniach z naszym ukochanym i natchnionym Rabbi Levinem, do następnej konwersji, da Bóg - w roku przyszłym...).
Od wtorku 7 sierpnia rozpoczęły się spotkania z Bet Din. Wszystko odbywało sie w salach Hotelu Le Regina, gdzie byliśmy niebywale gościnnie i życzliwie przyjmowani. A trzeba bylo ze strony obsługi hotelowej sporej dawki wyrozumiałości, jako że były wśród nas także małe, ruchliwe dzieci...
Tym razem niekonieczne było Hatafat Dam Brit (nakłucie po obrzezaniu dokonanym pod nieobecność Rabina), ponieważ Brit Mila odbyło się już w maju, a mohelowi towarzyszył i zatwierdzał prawidłowość obrzezania Rabbi Levin. Tak więc trwały tylko rozmowy, raz jeszcze potwierdzano gotowość przystąpienia do Przymierza z Haszem, opowiadano drogę swoich poszukiwań, pracę nad zdobywaniem wiedzy, chęć radosnego niesienia micwot.
We środę odbyło się obrzezanie synka naszych przyjaciół, z pierwszej grupy konwersyjnej, nomen omen imieniem ADAM, PIERWSZY CZłOWIEK :-) Jest pierwszym halachicznym Żydem, urodzonym w naszej wspólnocie. Radości z tego faktu nie było końca.
Wieczorem następni kandydaci stawali przed Bet Din.
Czwartek był poświęcony na kolejne spotkania z członkami trzeciej już grupy. Przewidzianymi do następnej konwersji...To był wielki wysiłek, gdyż tylko w tym dniu na spotkanie stawiło się aż 9 osób, a każdej z nich Rabini poświęcili jedną do półtorej godziny na rozmowy osobiste. Przeżyli nasi mili kandydaci niemałe zdziwienie, gdy stanęli oko w oko nie przed Rabbi Levinem tylko, ale spotkali się z wszystkimi obecnymi Rabinami, którzy solidarnie wsparli pracę Rabbiego Levina. Spotkanie zakończyło się już nocą. Niewiele zostało czasu na przygotowanie Szabatu.
W prywatnym mieszkaniu w Wawrze celebrowliśmy wspólnie, w 28 osób, Kabalat Szabat. Modlitwy, śpiew i ucztowanie trwały do 5 rano...I po krótkiej przerwie - odmówiliśmy Szachrit poranny, studium parszy Ree, krótkie dyskusje, jeszcze jedna rozmowa osoby, która nie spotkała się z Rabinami we czwartek z racji późnej pory...
W pięknym ogrodzie gospodarza domu, wnuka Sprawiedliwej wsród Narodów Świata, odpoczywaliśmy słuchając szmeru fontanny, rozbawieni harcami dwóch czarnych kotków i starego wilczura, oczekując w spokoju i odprężeniu, wśród radosnych rozmów, nadejścia stosownej pory dla odprawienia obrzędu Hawdali. No i moment ten nadszedł, nasze Szabatowe dusze opuściły nas, a ciała pokrzepiła słodka woń płynąca z balsaminki... Światła hawdalowej świecy zgasły w winie i otworzył się czas świecki. A jednak nadal święty: jedni wyruszyli do domów i hoteli, by po powrocie nadal studiować Boże wymagania i wskazówki, inni ze wzruszeniem czekali momentu wyjazdu na mykwe.
W niedzielę 12 sierpnia 2007 roku, spod Pałacu Kultury, autobusem z 25 pasażerami oraz 4 gości w samochodzie osobowym - wyruszyliśmy przypieczętować dokonany wybór: CHCĘ BYĆ ŻYDEM! Hotel Mariott i wierzchołek Pałacu Kultury tonęły w tym czasie we mgle, a powietrze było parne. Jednak nad Bugiem pogoda okazała się łaskawa, świeciło pięknie słońce, łagodny wiatr chłodził rozpalone twarze, nic jednak nie było w stanie ochłodzić płonących dusz i serc.
To o nas Rabbi Harry Levin powiedział w zeszłym roku: "Souls from fire". "Nie jesteście z popiołów, jesteście duszmi z ognia!" Ten ogień ciągle płonie, entuzjazm nie wypalił się, każdy z zeszłorocznej grupy działa czynnie dla Judaizmu w Polsce i na świecie. A teraz dołączyły nowe płomienne dusze...
Na miejscu kobiety zajęły się przygotowaniem odświętnego poczęstunku, a mężczyźni przetransportowali nad rzekę przenośny pomost. Gdy wszystko było przygotowane, rozpoczęliśmy modlitwę i śpiew hebrajskich pieśni. Otoczeni dżwiękami szofarów, z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi do bólu dłońmi, wspominaliśmy tych, których dusze tylko mogły z Bożego przyzwolenia uczestniczyć, unosząc się nad nami w bogatej nadbużańskiej przyrodzie. Jak w zeszłym roku... I jednak zupełnie inaczej...
Zanurzenie mężczyzn nadzorował osobiście Rabbi, przy zanurzeniu kobiet asystowały osoby z pierwszej grupy konwersyjnej. Po raz pierwszy w życiu mogłam krzyknąć głośno : KOSZER!! na znak, ze zanurzenie było pełne... I już z wody wychodziła Żydówka, według Boga - córka Awrahama i Sary...Łamiącym się ze wzruszenia głosem wyśpiewałyśmy błogosławieństwo Szechehejanu, uściskom i pocałunkom nie było końca.
Wracaliśmy znad wody skwapliwie, wygłodniali nieco, jako że wczesna pora wyjazdu z Warszawy i emocje podczas podróży, oraz świeże powietrze i kontakt z przyrodą nad rzeką, a już szczególnie przeżycia związane z ceremonią religijną - mocno zaostrzyły nasze apetyty. Bogato zastawione stoły, lśniejące białymi obrusami i nęcące barwnymi półmiskami z koszernym poczęstunkiem sprawiły, że po błogosławieństwie nad winem, obmyciu rąk i modlitwie nad chlebem, przez chwilę w milczeniu oddaliśmy się rozkoszom podniebienia.
Nie można jednak długo trwać w milczeniu, gdy spotkali się w tak uroczystych i niezwykłych okolicznościach Żydzi - przyjaciele. Rozmowy, śmiech i nawoływania dorosłych przeplatały się z dżwięcznymi głosami dzieci. Świeżo konwertowany chłopczyk nie odstępował małej córeczki gospodarzy. Życie jest silniejsze. Tereny śmierci sprzed lat porosły nową trawą, wyrosły w miejsce spalonych nowe drzewa, nie widać już ruin okolicznych zabudowań. Wody, które niosły zdradziecką śmierć, dziś, jak i przed rokiem, znowu dają żydowskie życie.
Ale zapomnieć nie wolno. My, potomkowie Ocalonych, musimy tą pamięć nieść. I tylko zastanawia słyszane tu i ówdzie zdanie: "po co ciągle rozpamiętujecie..." Nie, nie wolno zapomnieć i ciągle na nowo trzeba ostrzegać. Ludzka natura niestety tego wymaga.
Nasyceni i roześmiani przystąpiliśmy do ostatniego już punktu: rozdania dokumentów konwersji, w ciszy i skupieniu, jeszcze raz sam na sam z Bet Din, działającym w Imię Haszem. A potem ponownie na powietrzu i w całej grupie - nadanie Hebrajskich imion. I znowu, jak w minionym roku, każdy usłyszał z ust Rabina własną opowieść. Polały się łzy wzruszenia i wdzięczności. Oklaski witały kolejne osoby, które oto zakończyły proces konwersji i zarazem weszły na drogę realizacji micwot, pełnego życia żydowskiego, z Bogiem Izraela i dla Niego!
Wreszcie stanęliśmy w grupie, do pamiątkowego zdjęcia. A potem jeszcze tylko żywiołowe HINEJ MA TOW UMA NAIM, coraz szybsze, coraz glośniejsze, aż do utraty tchu, w rytm dyktowny mocnym głosem Rabbiego Harry'ego Levina...
Sprzątanie, powrót w burzy, rozstanie pod Pałacem Kultury późną nocą...
Rozstanie - ale z wiedzą, że wracamy, spotykamy się ponownie na Wielkie Święta, a to już za rogiem... Jeszcze tylko smutny wtorek, pożegnanie Rabinów i - co? Cóż praca z najnowszą grupą i kontakty z obiema poprzednimi!
Po powrocie do domu znalazłam zgłoszenie od kolejnej osoby. Już podjęliśmy naukę, alefbet, Tora, Szabat, modlitwa. Wskazanie przydatnych stron w Internecie. W efekcie, Rabini jeszcze nie wylądowali w USA, a już czekały na Nich pytania i problemy.
I tak jest dobrze, nie ma zastoju. Ciągła praca w Imię Haszem. A potrzeby są duże. Ból i rozterka borykających się ze swoją tożsamością, szukających korzeni, są tak wielkie, że nie wolno dać sobie dnia odpoczynku, powiedzieć: przyjdź jutro; z jednej pracy w następną, a dzięki dobroci Haszem, na odpoczynek jest zbliżający się Szabat. I jeśli ktoś z miłych czytelników borykających się samotnie ze swoją przeszłością zechce, to proszę o kontakt do bubulina1950@o2.pl
Tworzymy Open Synagogue, konserwatywną społeczność Żydowską w Polsce. Drzwi nasze są na przestrzał otwarte. A Rabbi Levin wznowi swoje spotkania z nami po krótkim odpoczynku już jesienią! Z nadzieją, żę w przyszłym roku będę mogła napisać podobny, trzeci list dotyczący konwersji Żydów polskich (KEN JEHI RACON!)
Miriam-Marzena Bera






